Łosie, jagody i zorza polarna

Czyli jak pojechać na roczną praktykę za granicę i wrócić w całości

Ewelina Gurlaga (s. ang.)

W zeszłym roku o tej porze bardzo zmęczona i jeszcze bardziej przerażona stałam przed bocznym wyjściem dworca głównego w Sztokholmie. Mój pierwszy dzień w Szwecji nie zaczął się najlepiej: przegapiłam przesiadkę i zupełnie nieoczekiwanie wylądowałam w stolicy królestwa. O rany, co ja tu w ogóle robię? - pytałam siebie czekając na kolejny pociąg do Arbogi - mojego ostatecznego celu podróży.
Sam fakt, że ostatecznie wylądowałam w Szwecji był równie nieoczekiwany. Gdy wczesną wiosna ubiegłego roku wraz z koleżanką zgłosiłam swoją kandydaturę do stypendium programu Sokrates dla przyszłych nauczycieli języków obcych zakreśliłam w formularzu pięć państw, w których chciałabym odbyć mój staż zawodowy - nie było wśród nich Szwecji. Program Comenius, będący częścią programu Sokrates, ma na celu promowanie nauki języków obcych i wprowadzania wymiaru europejskiego do szkół poprzez umożliwienie uczniom kontaktu z kulturą innego kraju europejskiego. Comenius promuje przede wszystkim mniej znane, "bardziej egzotyczne" języki i kraje. Jednocześnie służy on podniesieniu kwalifikacji młodych nauczycieli, którzy poznając inny kraj, inną kulturę i mentalność i korzystając z doświadczenia i pomocy miejscowych nauczycieli mają szansę się rozwinąć. Co roku Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji z siedzibą w Warszawie wysyła zagranicę ok. 30 studentów college'ów na staże asystenckie trwające od 3 do 8 miesięcy. Kiedy zadzwoniono do mnie w czerwcu, że moja kandydatura odpowiada szkole w Szwecji nie zastanawiałam się długo, powiedziałam, że jadę.
Zastanawiać zaczęłam się później. Przed wyjazdem wiedziałam o Szwecji tyle, ile wie przeciętny Polak. Był to w moim wyobrażeniu kraj zimny i dziki, gdzie ludzie większość czasu spędzają w domach ze względu na panujące tam wieczne ciemności, a ich rozrywki ograniczają się do polowania na łosie i wspólnych pogawędek przy płonącym kominku. Oczywiście wszystkim Szwedom przypisywałam urodę bohaterów Astrid Lindgren, którzy bez wyjątku są wysocy, gibcy i obowiązkowo mają blond włosy i piegi...
Stojąc przed gmachem dworca na próżno jednak wyglądałam tego idyllicznego wizerunku mieszkańca północy. Sztokholm jest z całą pewnością jednym z bardziej kolorowych i wielokulturowych miejsc na ziemi. I jednym z najbardziej urzekających miast, jakie zdarzyło mi się do tej pory odwiedzić - z każdym pobytem odkrywa się w nim coś nowego i trudno się nim znudzić. Nie bez przyczyny nazywa się to miasto Wenecją Północy.

Stockholm

Najbardziej bałam się tego, co czeka mnie w szkole. W czasie podróży poznałam Polaka, który już od 10 lat mieszka w Malmö i uczy w fizyki i chemii w szkole podstawowej. Ocenił on, że nie wytrzymam dłużej niż miesiąc z bez stresowo wychowywaną szwedzką młodzieżą. Na szczęście okazało się, że strach ma wielkie oczy, a bez stresowe wychowanie nie przeszkadza młodzieży zachowywać się kulturalnie. I choć w szkole pozornie dyscyplina jest mniej ostra niż w Polsce, a atmosfera dużo luźniejsza, każdy dobrze zna swoje obowiązki. Z moich obserwacji wynika, że sami uczniowie dużo poważniej podchodzą do swojej nauki i bardziej się angażują niż ich rówieśnicy w Polsce. Warto też wspomnieć, że uczniowie mają duży wpływ na sposób kształtowania programu, a nawet prowadzenia lekcji, o wiele więcej też pracują samodzielnie wykonując różnego rodzaju projekty i badania pod kierunkiem nauczycieli.

Arboga

W szkole niemal natychmiast poczułam się jak w domu. Ciepło i otwartość, z jaką mnie przyjęto zaskoczyły mnie całkowicie. Tak nauczyciele, jak i uczniowie przyjęli mnie entuzjastycznie i byli bardzo ciekawi i mnie i mojej ojczyzny, choć przez pierwszy miesiąc mogłam wyczuć odrobinę "typowej szwedzkiej rezerwy". Zaskoczyła mnie łatwość, z jaką weszłam w życie Vasagymnasiet, stając się kimś między uczniem i nauczycielem. Moja pozycja "asystenta" dawała mi komfort, jakiego nie mają nauczyciele - o wiele łatwiej było mi zdobyć sympatię uczniów i nawiązać z nimi kontakt. W miarę jak poprawiała się moja znajomość szwedzkiego i coraz więcej szwedzkich słówek zaczynało mi się "wymykać" podczas lekcji moi uczniowie bardziej przykładali się do nauki angielskiego (a potem i polskiego). Nic tak nie rozbudza chęci nauki jak widok obcokrajowca kaleczącego nasz ojczysty język.

Grono pedagogiczne

Kiedy człowiek ląduje w zupełnie obcym kraju wszystko go zaskakuje. Mnie na początku zaskoczyły okna pozbawione firanek, przez które można zajrzeć do zawsze idealnie wysprzątanych domów. W całej Arbodze tylko w moim oknie wisiała firanka. Inne okna zdobiły wyłącznie ustawione na parapecie bibeloty, świece i lampki. Po zapadnięci zmroku w każdym oknie płonie maleńkie światełko.
Dosyć szybko też przekonałam się jak błędne jest myślenie, że Szwedzi spędzają większość wolnego czasu w domach. Kto żyw uprawia sporty, chodzi na kursy językowe, uczy się tkać tradycyjne kilimy albo uczęszcza do ogniska artystycznego lub nałogowo chodzi do kina. A w piątkowe i sobotnie wieczory najmniejsze nawet miasteczko tętni życiem a rzeki ludzi udają się w kierunku pubów i restauracji, poczym hałaśliwie wracają nad ranem. Szkoła nie wypełniała oczywiście całego mojego życia. Przez większość roku szkolnego pracowałam, co prawda, od 8 rano do 16 a czasami zostawałam w szkole nawet dłużej, ale i tak nie mogłam narzekać na brak wolnego czasu. Tym bardziej, że w ciągu 8 miesięcy mojego pobytu w Arbodze miałam kilka przerw semestralnych, ferii i sporo dni świątecznych. Już przed wyjazdem obiecałam sobie, że postaram się wykorzystać ten czas na jak najgłębsze poznanie kraju, jego kultury i historii, co mi się zresztą udało zrealizować.
Jednym z najprzyjemniejszych zaskoczeń na początku mojego pobytu była Lucia - święto, którego w Polsce nie ma, wypadające 13.XII. Atmosfera tego dnia jest zapowiedzią bliskich świąt. Wcześnie rano na ulicach pojawiają się korowody biało ubranych dziewcząt wiedzione przez "łucję" z koroną płonących świec na włosach i śpiewających tradycyjne pieśni. Ten dzień zaczyna się od jedzenia ciasteczek szafranowych ("Lusse-katte") i pierniczków i picia gloggu (gorącego wina lub soku porzeczkowego mocno przyprawionego korzeniami. Zapach tego poranka towarzyszy mi do dziś.
Pierwsze trzy miesiące były dla mnie najtrudniejsze. Wyjeżdżając znałam tylko kilka słów po szwedzku. Prawie natychmiast po przyjeździe zapisałam się na kurs szwedzkiego dla imigrantów. Takie kursy organizowane są nieodpłatnie przez każdą gminę dla ludzi przybywających do Szwecji i ich ukończenie jest warunkiem przyznania obywatelstwa. W maleńkiej 12 tysięcznej Arbodze na kurs ten zapisanych było 60 osób - pochodzących głównie z krajów Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu i byłej Jugosławii. Przez pierwsze trzy miesiące moja znajomość języka stopniowo przeszła od możliwości robienia zakupów do prowadzenia swobodnie niezobowiązującej konwersacji. Dopiero osiągnąwszy ten etap odważyłam się wypuścić na prawdziwe zwiedzanie kraju.
Zaczynając od najbliższych zakątków, stopniowo zaczynałam odkrywać wszystko to, co w Kraju Północy najpiękniejsze i najdziwniejsze. Bo zawsze coś mnie zaskakiwało. Na przykład to, że większość domów jest czerwona, i że wcale nie jest tak zimno jak nam się to wydaje. Kiedy po raz pierwszy postawiłam swoją nogę w Arbodze była piękna, ciepła jesień. Kiedy pierwszy raz odwiedziłam pobliskie Örebro żałowałam, że nie wzięłam nic z krótkim rękawem. Zima też nie okazała się taka straszna - w najzimniejszym dniu temperatura spadła do -28 stopni, ale mróz nie potrwał długo.
Wykorzystywałam każdą okazję, żeby wyciągnąć kogoś z moich nowych znajomych choćby na krótką wycieczkę. Zwiedziłam prawie wszystkie większe miasta centralnej Szwecji - Linköping i królewskie Vatsdenę, siedzibę szalonego króla Johana, syna Gustava I. Szwecja ze swoimi 9 milionami mieszkańców i ponad 450 tysiącami kilometrów kwadratowych powierzchni nie ma zbyt wiele dużych miast. Większość mieszkańców skupiona jest w małych miasteczkach i rozrzuconych w krajobrazie wioskach. W końcu lutego wraz z grupą innych asystentów przebywających wraz ze mną w Szwecji wybrałam się na dużo dalszą wyprawę - do Oslo, Fredrikshaven i Göteborga. Postanowiliśmy porównać kraje nordyckie, zwiedzając po drodze, co się da. Wtedy też miałam okazję posmakować prawdziwej północnej zimy. Pięciometrowe zaspy, kilometry białych pól i lasów, śnieg padający bez przerwy... i niewielki mrozik. Było naprawdę bajecznie. Widok archipelagu Göteborga w śniegu zapiera dech w piersiach. Po zwiedzeniu południa przyszedł czas na moją upragnioną wyprawę do Laponii w poszukiwaniu reniferów. Odkładałam ją dosyć długo ze względu na dosyć wysokie koszty, w końcu jednak udało mi się uzbierać odpowiednią sumę i dołączyłam do grupy wybierającej się do Kiruny - centrum atrakcji zimowych za kręgiem polarnym. Reniferów niestety nie udało mi się zobaczyć za to widziałam jeden z cudów współczesnego świata: lodowy hotel w Yukkasiervi. Jest to bez wątpienia jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na ziemi. Dźwięki i światło są jakby nierealne, a atmosfera bardziej przypomina kościół niż hotel, w którym notabene można naprawdę przenocować pod skórą renifera i poczuć się jak w luksusowym igloo. Dużo przyjemniej jest jednak spędzić noc w jednym z luksusowych domków kempingowych ze szklanym dachem - szklanym, żeby można było podziwiać zorzę polarną, a widok jest naprawdę piękny.

Lodowy hotel

Reniferów, co prawda nie widziałam, ale za to je jadłam i to w kilku postaciach: suszone mięso - przysmak traperów, steki i gulasz - wszystkie były wyśmienite. Podobnie zresztą jak mięso największego szkodnika, czyli łosia. Przez pierwsze tygodnie ogromnie mnie bawiły znaki z łosiami przy drogach. Do czasu aż zobaczyłam efekt zderzenia samochodu z łosiem. Z Opla Vectry zostało niewiele, a łoś odszedł spokojnie do lasu. Zaskoczyło mnie jak wiele podobieństw można znaleźć między Polską a Szwecją - nawet w kuchni szwedzkiej można natrafić na potrawy do złudzenia przypominające kuchnię polską np. "koldomlar" to nic innego jak nasze gołąbki a "mjuk pepperkoka" to po prostu nasz staropolski piernik. W jaki sposób trafił do Szwecji? Ale w ilości sposobów podawania śledzia nasi północni sąsiedzi biją nas na głowę. Spróbowałam około dziesięciu różnych wariantów, a jest ich podobno prawie sto. Na własną prośbę spróbowałam też osławionego "zgniłego śledzia" ("surstrumming") i nie było to wcale tak straszne jak powiadają. Przyrządza się tę potrawę jak nasze kiszone ogórki - śledzia z dodatkiem soli zamyka się w szczelnym naczyniu (obecnie najczęściej kupuje się go w puszkach) i kisi przez kilka lat. Puszkę trzeba otwierać bardzo ostrożnie i najlepiej w wiaderku z wodą, gdyż gaz uwalniający się przy otwieraniu ma potworny zapach - opowieści nie są przesadzone. Szwedzi okazali się przyjaźni, otwarci i bardzo weseli. Nie ma w nich ani odrobiny chłodu a wręcz bardzo wiele serdeczności. Spędziłam wiele miłych wieczorów przy kawie i ciastkach, i przy wspólnych kolacjach. Przy okazji nauczyłam się wielu tradycyjnych i mniej tradycyjnych pieśni, gdyż jak się okazuje, Szwedzi bardzo lubią śpiewać.
Kilka stereotypów jednak się sprawdziło. Szwed nie zaczyna dnia bez kawy, którą pije przez cały dzień w niesamowitych ilościach, gorącą i bez cukru. Do moich obowiązków należało między innymi dbanie o maszynę do kawy w pokoju nauczycielskim. Do kawy obowiązkowo należy zjeść ciasteczko lub czekoladkę. Poza tym pół dnia spędza się na różnego rodzaju zebraniach, spotkaniach i dyskusjach. Nie tylko w szkole. Pod tym względem wytrwałość Szwedów mnie zadziwiała, na szczęście miałam wymówkę w postaci "słabej znajomości języka urzędowego". Ogólnie rzecz biorąc wszędzie panuje okropna biurokracja i załatwienie najdrobniejszej sprawy wymaga wykonania kilku telefonów a czasem i wypełnienia kilku formularzy.