Maroko

Jadąc autokarem do Hiszpanii nie przypuszczałem, że podróż ta obejmie też Maroko. Początkowo plan zakładał jedynie dotarcie do Gibraltaru, ale spotkanie ze znajomym Australijczykiem okazało się być dobrym pretekstem by wspólnie po raz pierwszy zasmakować klimatu Czarnego Lądu. Jako że była to spontaniczna decyzja, nie było zbyt wiele czasu na przygotowania, co później owocowało wieloma zaskakującymi sytuacjami.

Polacy podróżujący do Maroka potrzebują wizy; można ją uzyskać praktycznie od ręki w konsulacie w Algeciras, hiszpańskiej miejscowości, skąd odpływają promy do Maroka. Atmosfera panująca w konsulacie była specyficzna: zgiełk, kłótnie i przepychanki między petentami i urzędnikami były niejako zapowiedzią tego, co nas miało czekać później. Mając wizę w paszporcie ruszyliśmy na prom. Przeprawa w strugach deszczu obaliła kolejny stereotyp upalnej Afryki, ale wreszcie dotarliśmy do Ceuty, hiszpańskiej posiadłości w Afryce.

To, co zobaczyliśmy na przejściu granicznym trochę nas zaszokowało: bezwładny tłum ludzi obładowanych przemycanymi towarami zaczął nagle w panice wycofywać się, bo jakiś policjant z przodu właśnie przywoływał kogoś do porządku metodami przymusu bezpośredniego. Korzystając z zawahania miejscowych dotarliśmy do punktu kontrolnego. Tuż za granicą można było wziąć taksówkę, stało ich tam grupo ponad sto, wszystkie stare zdezelowane niebieskie Mercedesy. Każdy zabierał sześciu pasażerów i kierowcę (!) a pakunki podróżnych wypełniały każdy skrawek przestrzeni w samochodzie. Nasz kierowca część bagażu położył przed swoje siedzenie i chyba tylko cudem szczęśliwie dojechaliśmy do punktu przeznaczenia.

Marokańczycy są ludźmi otwartymi i sympatycznymi, turysta idący ulicą często słyszy pozdrowienia i widzi oznaki sympatii. Ten obraz, niestety, psują ludzie, dla których turysta jest jedynie źródłem zarobku. Nasz taksówkarz próbował chyba wszystkiego by nas do siebie przekonać, miał więc liczną rodzinę, kiepskie zarobki, następna miejscowość była kilometry dalej, autobusów żadnych nie było a tuż za zakrętem już podobno czekali by nas, bogatych turystów, napaść i ograbić. Podczas podróży zaś bardzo natarczywie przekonywał nas do okazyjnego kupna ... kilograma haszyszu. Nie był on wyjątkiem.

W miastach obok turysty zatrzymującego się na ulicy by spojrzeć na mapę w okamgnieniu pojawia się ktoś gotów służyć za przewodnika. Pełno takich ludzi gromadzi się w okolicach dworców. Zdarzało się, że idąc ulicą już po chwili mieliśmy towarzysza, który potrafił iść z nami przez dobre dziesięć minut choć wiedział, że sobie tego nie życzymy. Ciekawe, że ci ludzie traktują języki obce jako narzędzie do zarabiania pieniędzy, gdyż nawet kilkuletnie dzieci potrafią zagadywać turystów o datki w kilku językach i nie są to bynajmniej pojedyncze słowa. Trzeba więc być uważnym, ale nie można dać się zwariować, czasem bowiem za niewielką opłatą można pozyskać świetnego przewodnika czy też, jak my, zostać wręcz wepchniętym do odjeżdżającego właśnie autobusu. Spotykaliśmy więc także ludzi naprawdę sympatycznych i bezinteresownych, i jest to kolejny dowód na to, że Maroko to kraj kontrastów: pustynny i górzysty; muzułmański i „dla turystów”, pełen historii ale i otwarty na to, co nowe. To właśnie stanowi o jego atrakcyjności.

Dla wielu turystów Maroko to jednak przede wszystkim kraj wspaniałej przeszłości, architektury i jakże odmiennych od naszych obyczajów. Wszystkie te elementy były obecne w mieście, które zrobiło na nas największe wrażenie, w Fez. To, co nas tam urzekło, to medyna, czyli stara otoczona murami obronnymi część miasta. Nasz hotel znajdował się przy jednej z setek wijących się uliczek i zaułków a z tarasu restauracji naprzeciw można było delektować się zarówno posiłkiem, jak i niepowtarzalną atmosferą tego miejsca. Arabska muzyka, pokrzykiwania ludzi, kolorowy tłum, szeregi straganów, rzemieślnicy przy pracy czy starzec prowadzący objuczonego osła, to wszystko sprawiało, że miejsce to wręcz wibrowało energią niezależnie od pory dnia. Na pewno warto tam pojechać a te odczucie na pewno zrekompensuje wszelkie niedogodności, które zresztą w dużej mierze można przypisać szokowi kulturowemu.