Iwona Subotkowska

Moja Holandia

 

 

           W roku szkolnym 2003/2004 miałam niepowtarzalną okazję pracy w holenderskiej szkole. Za sprawą programu Sokrates Comenius 2.2. wyjechałam do Holandii w październiku i zaczęłam swoją 8-miesieczną przygodę z Holandią jako asystentka językowa.

Przygody mają to do siebie, że w ich trakcie dzieją się rzeczy radosne, ale i mniej zabawne. Przygody tez przeważnie kończą się dobrze. Taka też była moja przygoda.

               Zaczęła się od tego, że nie miałam gdzie mieszkać – o czym dowiedziałam się wysiadając z autobusu już na ziemi holenderskiej. A potem znalazłam najfantastyczniejszą chyba rodzinę, jaka mogłam sobie wymarzyć, a która zaproponowała mi mieszkanie i w tydzień stała mi się rodziną, przyjaciółmi i przewodnikiem po przeróżnych aspektach życia w Holandii.

               Szkoła okazała się rewelacyjnie wyposażoną, profesjonalną i nowoczesną ostoją wiedzy. Jako jedyna szkoła w Holandii miała nawet program nauki w języku niemieckim i uczniowie tego działu (bo z nimi właśnie pracowałam) zaskakiwali mnie co dzień swym poziomem...

Aż tu nagle urząd wizowy upomniał się o mnie raz i drugi i zażądał opuszczenia Królestwa Niderlandów. Spakowałam manatki i rozgoryczona wróciłam do Polski, a po dwóch miesiącach batalii z ambasadami we Wrocławiu i Warszawie triumfując powróciłam. Dwa miesiące później Polska wstąpiła do Unii Europejskiej moja wywalczona wiza przestała kogokolwiek interesować...

Na powrót wpadłam w wir pracy i już trochę przemęczona się robiłam, kiedy oto pewien niezastąpiony asystent z Włoch – Fabio – postanowił zorganizować na własną rękę spotkanie asystentów (Platforma Europejska nie poradziła sobie z tym zadaniem przez parę dobrych miesięcy). Tak oto spotkałam niesamowitych ludzi z Niemiec, Szwecji, Węgier, Słowacji, Czech, Hiszpanii, Włoch... Od tamtej pory żyłam od weekendu do weekendu, czekając tylko na kolejną wyprawę, na odkrywanie kolejnego miasta z niektórymi z tych ludzi (większość właściwie już kończyła asystenturę). Przy okazji dowiedziałam się, że pracuję prawie trzy razy więcej niż pozostali. Wtedy zaczęła się też moja batalia z mentorami o skrócenie mi godzin pracy, którą to batalie wygrałam finalnie na trzy tygodnie przed wyjazdem z Holandii...

Co do mojej pracy, to aż ciężko byłoby mi to opisać. Robiłam wszystko. Prowadziłam zajęcia, asystowałam przy zajęciach, ćwiczyłam mówienie z małymi grupkami uczniów, przygotowywałam materiały dla innych nauczycieli, nawet sama spreparowałam książkę z ćwiczeniami do poszczególnych zagadnień gramatycznych, opracowywanych przez trzy lata nauki języka niemieckiego. Jeździłam na wymiany, uczestniczyłam w projektach organizowanych w mojej szkole (Valuascollege).

               Najbardziej polubiłam chyba konwersacje z grupami uczniów. Z początku nieśmiali i zestresowani, potem zauważali, ze właściwie tylko po niemiecku mamy szansę się porozumieć coraz śmielej rozmawiali, opowiadali, zadawali pytania.

Zdarzyło mi się tez parę razy przeprowadzać lekcje polskiego i o Polsce. Dzieciaki mnie śmieszyły, ale i zaskakiwały. Wypełniając quiz zaznaczały, ze w Polsce rządzi car i płaci się rublami, ze wesele świętuje się u nas tydzień, ze typowe polskie imiona to Svietlana i Ivan. Ale raz po lekturze krótkiej notatki na temat Lecha Wałęsy spytały, dlaczego właściwie komunizm był zły. Tak mnie zaskoczyły, ze przez chwilę nie potrafiłam im logicznie odpowiedzieć!

O tej asystenturze dałoby się pewnie napisać książkę. Myślę, ze prawie mi się to udało w listach do przyjaciół, pisanych jeszcze z Holandii. To była owocna asystentura, a Holandia zachwyciła mnie. Piękna, niewielka (jakże łatwo się tam podróżuje!), płaska jak talerz, zorganizowana co do jednego krzaczka, otoczona z jednej strony morzem, poorana kanałami... Mam nadzieje, że jeszcze tam wrócę. A każdego z Was zachęcam do korzystania z programu Sokrates.

 

               Pozdrowienia dla Tych, co tam byli (Martyna!) i dla Tych, co tam są (Ewelina, Grygierczyki, Anita...). 

 

Iwona Subotkowska,    3 rok/sekcja niemiecka